| Lita Ford - 'Wicked Wonderland' |
| Wpisał: BlackHeart | |||||||||
| 11.11.2009. | |||||||||
Skład: Lita Ford - wokal, gitary; Jim Gillette - wokal; Chris Collier - perkusja; Stet Howland - perkusja Lita Ford to moja największa rockowa bohaterka. Śledzę jej karierę od czasu The Runaways (nie, nie żyłem wtedy, mówię z czysto muzyczno – historycznego punktu widzenia) przez lata 80te, dekadę jej wielkiej solowej kariery, aż do mocno kontrowersyjnej płyty Black. Tej ostatniej wciąż słucham z prawdziwą przyjemnością i uważam, że doskonale się broni po latach. Tym bardziej ucieszyłem się, gdy doszły mnie wieści o planowanym nowym albumie Królowej Hard Rocka. Czekałem i miałem nadzieję na solidną dawkę muzycznej radochy. Wszak mamy modę na klasyczne powroty gwiazd sprzed lat, więc dlaczego miałoby być źle? Rzeczywistość okazała się… No dobra, naprawdę starałem się znaleźć elementy, które uratują Wicked Wonderland od ostatecznego zdeptania recenzenckim butem. Może jakaś jedna udana kompozycja, udany refren, czadowy riff, solówka… No i nic! Zamiast tego mamy piętnaście (!!!) mętnych nowoczesnych metalowych wałków, które całkowicie pozbawione są ładu i składu. Przykra sprawa. Przecież tego nawet nie można nazwać nu-metalem! Ba, nu-metalowcy wyśmialiby starszą panią, która nieudolnie usiłuje podszyć się pod ich styl. Nieudolnie i niepotrzebnie! Jakże żałośnie brzmi Lita skandująca Shake Your Ass w otwierającym płytę numerze Crave! Tutaj bardziej pasowałaby nazwa Grave, Miss Ford! Skrajnie irytują aż nazbyt częste (w każdej cholernej piosence!) ingerencje wokalne małżonka Lity, niejakiego Jima Gillette. Facet był już żałosny w latach 80tych, gdy udawał glam rockowca. Obecnie brakuje dla niego skali na tabeli żałosności. Gość nie potrafi śpiewać, jest po prostu zbędny. Rozumiem miłość i wartości rodzinne, ale tego już po prostu za wiele! Numer Inside, który oczywiście jest duetem wokalnym pani Ford i pana Gillette, usiłuje być balladą. Oczywiście nic z tego. Wlecze się toto niemiłosiernie, pozbawione jest melodyki, nie mówiąc już nawet o wyraźnej strukturze. Podobnie jest z Sacred, gdzie słychać jak bardzo Lita stara się o uzyskanie jakiejś sensownej melodii, ale jak mówi przysłowie… z gówna bicza nie ukręcisz. Garden ma być czadem, jednak, jak w przypadku większości zawartych na Wicked… songów, jest po prostu gitarowo – wokalnym zgiełkiem. Często brzmi to jak nieudane odrzuty z pijackiej sesji Marilyna Mansona. Produkcyjnie album również został spartolony koncertowo. Wokale są aż zanadto zdelayowane, a gitary tworzą męczącą ścianę. Wspomnę raz jeszcze, że Wicked Wonderland to aż piętnaście utworów. Prawdziwa droga przez piekło! Chciałbym poznać śmiałka, któremu udało się przebrnąć przez nią bez bólu głowy. Tym bardziej kogoś, kto zrobił to dwukrotnie! Ja musiałem. Do dziś boli. Pierwszy od piętnastu lat album Lity Ford to dzieło skrojone w sam raz dla masochistów, bo nawet ślepo oddany fan nie będzie w stanie przyjąć tego całego szajsu na klatę. Gdzieś są przecież granice! Ja jestem bardzo liberalnym facetem i wielokrotnie daje szansę płytom, które po pierwszym odsłuchaniu wydają mi się słabe. W tym przypadku jednak mogę powiedzieć jasno i ostatecznie: nie chcę więcej słyszeć płyty Wicked Wonderland. BlackHeart P.S. Podejrzewam, że za klęskę artystyczną (a komercyjna też jest już oczywistością) Wicked Wonderland w dużej mierze odpowiedzialny jest małżonek pani Ford, który jest współautorem większości utworów, a zarazem współproducentem albumu. No to coś ode mnie dla Jima: Nie lubię cię, stary, zdeptałeś legendę. Komentarze
... : Hardlover
Haha, też się nabrałem na magię nazwiska. Ależ pyskujące gówno, nie ma tu nawet jednego przyzwoitego podkładu, nie wspominając o całym kawałku! skopana produkcja dopełnia nędznego obrazu całości. Wokale Lity brzmią źle, a o tym gościu przez litośc nie warto wspominać. I te efekty dźwiękowe, jak z taniej gry komputerowej. AVOID!
grudzień 29, 2009
|
|||||||||